![]() |
|                                                       Strona główna    O nas    Harmonogram     Cennik     Egipska Sahara     Kontakt |
|
2012-02-02 12:26:18 Kolejna odsłona!!! Zapraszamy do śledzenia kolejnej odsłony "Akademii Piasku", tym razem zawitamy w Tunezji! skomentuj (0) 2011-06-05 17:11:51 Akademia Piasku na Dniach Kultury Arabskiej w Toruniu! Akademia Piasku wciąż pełna wrażeń! Tym razem dr Marta Woźniak gościła z wystąpieniem na Dniach Kultury Arabskiej 4 czerwca w Toruńskiej Szkole Wyższej. skomentuj (0) 2011-04-11 12:31:21 Akademia Piasku na 8 Dniach Arabskich w Łodzi! Prelekcja członków "Akademii Piasku" na VIII Dniach Arabskich w Łodzi już 13 kwietnia, o godz. 18:20! Zapraszamy do Sali Rady Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politologicznych UŁ (ul.Narutowicza 59a, I piętro). Do zobaczenia! skomentuj (0) 2011-03-23 20:28:20 Prelekcja na WSMiP ![]() Zapraszamy na relację z naszej wyprawy! 24 marca o godz. 16:30 w Sali Rady Wydziału - I piętro (ul. Narutowicza 59a) skomentuj (2) 2011-03-03 21:34:02 4 marca 2011 Paulina Klimas z Radia Eska jako pierwsza przeprowadziła z nami wywiad po powrocie z Maroka. skomentuj (0) 2011-03-02 11:06:39 27.02.2011 Mieszkańcy Casablanki nie wstają w niedzielę przed godziną dwunastą (wszystko pozamykane - dostanie bułki na śniadanie czy skorzystanie z internetu graniczy z cudem). W świetle dziennym meczet Hassana II prezentuje się zgoła inaczej - równie ślicznie, lecz mniej romantycznie. Wnętrze (kolorowy marmur + cedr + tytan + szkło z Murano) robi wrażenie. Statystyki dotyczące ofiarności marokańskiego ludu przy jego budowie są imponujące. Podczas zwiedzania dołącza do nas p. Natalia z kolegą Ahmadem.
Wracamy na rybkę do naszej slumsowatej dzielnicy. Przy obiedzie Ahmad opowiada o roli, którą odegrał podczas zeszłotygodniowej manifestacji - podobnież prawie poprowadził lud pod parlament (dziś przed strajkowaniem w Rabacie powstrzymała go tylko nasza wizyta - cnota gościnności). Ahmad wraz z bratem pomagają nam złapać grand taxi na lotnisko. Taksówkarz po krótkiej konwersacji zaprasza na rybkę u swojej rodziny w Al-Dżadidzie. W końcu niczym Ingrid Bergman z nostalgią opuszczamy Casablankę...
skomentuj (0) 2011-03-02 10:57:20 26.02.2011 Nie należy ufać hotelowym mapom, za to przewodnik "Bezdroża" rulez, co potwierdza długi marsz z plecakami w poszukiwaniu stacji CTM. Zza szyb "europejskiego" autobusu obserwujemy "europejską" część Marrakeszu (co za kontrast w porównaniu z widokiem z okien chicken busa). Po lądowaniu w Casablance znajdujemy niewinnie wyglądający hotel "Mon Reve" - z czasem okazuje się, że jego okolica jest paskudna, zaś sam hotel obsługują w większości dość nieprzytomni panowie. Wieczorny spacer Boulevard des Almohades pokazuje nam romantyczne oblicze Casablanki - nie to legendarne, filmowe, ale rzeczywiste (liczne spacerujące zakochane pary). Naszym oczom ukazuje się meczet Hassana II, lśniący złotym blaskiem na tle czarnego nieba. Intryguje nas zielony laserowy promień, wystrzelający ze szczytu minaretu i przebijający chmury (potem okazuje się, że wskazuje on wiernym kierunek Mekki - taki religijny gadżet).
skomentuj (2) 2011-02-25 22:26:26 25.02.2011 Zwiedzanie Marrakeszu rozpoczynamy od wizyty na poczcie - znaczki z królem wysłane do Polski. Kutubijja - meczet z minaretem-wzorcem (jego mniej lub bardziej udane imitacje można spotkać w całym Maroku). Grobowce Sadytów - podziwiamy misternie ułożone kafelki, mijając hinduskich, niemieckich i azjatyckich turystów. Pałac Al-Bahia - największy kompleks udostępniany turystom do zwiedzania, przypominający nieco Alhambrę (perła architektury marokańskiej, harmonijne przenikanie się bogato dekorowanych wnętrz i zielonych riadów).
Pałac Al-Badi - z wielkim basenem w środku i boćkami na murach; w tle ośnieżone szczyty gór Atlas.
Leniwy kuskus x 5 - w Al-Dżazirze symultaniczne transmisje z manifestacji w Ammanie, Kairze, Trypolisie oraz Bagdadzie. Wyprawa na Dżama al-Fna: dziwni sprzedawcy (nie chcą się targować, widocznie popsuci przez zbyt rozrzutnych turystów); penetracja suków połączona z zakupami; opędzanie się od hennistek ze strzykawkami; delektowanie się zupą ze ślimaków w towarzystwie francuskich dżentelmenów; podsłuchanie wykładu o medycynie prorockiej połączonego z prezentacją książki o życiu płciowym człowieka (słuchaczami są sami mężczyźni).
skomentuj (0) 2011-02-25 22:13:26 24.02.2011 Chicken bus w kolejnej odsłonie - tym razem nawałnica proszących o jałmużnę (wszyscy cytują Koran oraz sunnę). Wąska droga przecinająca największe góry Maroka. Lądowanie w Marrakeszu. Obejrzenie dobrego tuzina paskudnych hotelików przed wyborem przyjemnego i niedrogiego Central Palace (w środku cudne patio z drzewkiem pomarańczowym i świergotem ptaków). Wieczorny spacer po Dżama al-Fna: milutkie małpki; żywe i sztuczne węże oraz wybór najlepszych na świecie daktyli.
skomentuj (0) 2011-02-25 22:04:51 23.02.2011 Poczciwy taksówkarz z 28-letnim doświadczeniem obwozi nas po największych atrakcjach regionu: Studio Atlas, Aid Ben Haddou oraz Amridil.
Studio Atlas - niegdyś plan filmowy, obecnie muzeum scenografii takich produkcji, jak m.in. "Gladiator", "Aleksander", "Królestwo Niebieskie", "Kundun" czy "Książę Persji". Obok siebie wyrastają budowle udające architekturę egipską, rzymską, meksykańską, chińską i rosyjską.
Ait Ben Haddou - wioska-kazba (gliniane fortyfikacje, których początki sięgają XI w.); ona również grała w filmie - "Jezus z Nazaretu". ![]()
Amridil - XVII-wieczna kazba w miejscowości Skura - oprowadza nas po niej czarujący potomek założycieli, który tłumaczy nam przeznaczenie wielu tajemniczych sprzętów w środku.
Pytając o panoramę okolicy przypadkiem trafiamy do hotelu Panorama - cudowne miejsce z niepowtarzalnym widokiem pośrodku doliny. Właściciel Aziz funduje nam miętową herbatę oraz tłumaczy berberski alfabet (czyta się go od lewej do prawej). skomentuj (0) 2011-02-24 23:47:54 22.02.2011 Poranna propozycja “swapu” – właściciel hotelu zachęca do wymiany naszych ubrań i telefonów na berberskie tradycyjne stroje (nie chcemy oddawać naszych europejskich spodenek!). Jazda do Tinerhiru z szalonym kierowcą, przy dzwiękach dzikich berberskich okrzyków z kasety. Półtorej godziny oczekiwania w słońcu na odpowiedni autobus – w międzyczasie kolejna propozycja “swapu” – tym razem bronimy się przed oddaniem szminki i szaliczka, które najwyraźniej przypadły do gustu miejscowej żebraczce. Podjeżdża “chicken bus” i zostajemy poddane agresywnej indoktrynacji religijnej (nawracanie z taśmy w wykonaniu pseudo-szajchów). Z obserwacji autobusowych: nikt nie ustepuje miejsca kobietom, chyba, że są z małymi dziećmi; najlepszy sposób na uspokojenie krzyczącego oseska to karmieniego piersią przez 4h bez przerwy; rzecz jasna jedzie tyle osób, ile się zmieści. W Warzazacie fuksem trafiamy na pomocnego pana – Saida z hotelu La Gazelle. Negocjujemy wynajęcie samochodu na dzień następny, po czym udajemy się na kolację. Lokal oblega kocia wataha, natomiast kelner o urodzie amanta na rachunku zostawia podpis godny gwiazdora filmowego wraz z dedykacją. Zachwyca nas główny plac Al-Muwahidin, gdzie tętni życie miasta: gromadzą się zakochane pary, rodziny z dziećmi, chłopcy grający w piłkę, młodzieńcy wydobywający rytmiczne dzwięki z afrykańskich bębenków.
Zakupujemy orientalne przyprawy, m.in. specjalność regionu szafran oraz ambrę. skomentuj (0) 2011-02-24 23:38:48 21.02.2011
Wstajemy o wschodzie przy akompaniamencie lekko zwariowanego koguta (piał całą noc). Modyfikujemy wcześniejsze plany pod wpływem Muhammada – niewielkiego, korpulentnego jegomościa w białym sweterku z niezamykająca się buzią.
Muhammad zabiera nas do wąwozu Todra. Po drodze pijemy herbatę w beduińskim namiocie, mijamy liczne kobiety zasłonietę czarnymi nikabami tak, że widać im tylko oczy oraz inne ubrane w dziwne białe koronkowe szale (przypominające polskie firanki). Dalej oglądamy stada dzikich wielbłądów i kóz, przemykamy po stromych serpentynach, spotykamy izraelską wycieczkę (jeden z panów jest potomkiem polskich Żydow spod Wilna i Łodzi).
Hotel Riad, do którego zostajemy dowiezione, znajduje się w samym środku wąwozu Todra – z jego tarasów rozpościerają się zapierające dech w piersiach widoki, w dole szumi potok, zaś urwiste skały wdzierają się graniami w niebo. To te ostatnie skusiły atrakcyjnością grupę polskich wspinaczy, którzy są tu już od tygodnia. Po południu udajemy się w głąb wąwozu.
Na kolację tradycyjna "kalia" (mięsko z cebulą i pomidorem, upieczone w tadżinie) z pyszną świeżą sałatką. Pałaszujemy. skomentuj (0) 2011-02-24 23:34:49 20.02.2011 Po 8h docieramy do Rissani. Ismail materializuje się i wpycha nas do pick-upa (4x4) z zarośniętym i oturbanionym kierowcą, który uprzejmie wiezie nas pustynnymi szlakami na wschód słońca. Pokazuje nam również amonity uwięzione w skałach (pozostałości prehistoryczne, z których produkuje się większość tutejszych pamiątek).
W Auberge Hamada witają nas Tuaregowie – Mubarak oraz jego pomocnik Said. Nie jesteśmy tu pierwszymi Polakami – zewsząd słyszymy “dzika Afryka”, “spoko Maroko”, “dobre, dobre”. Po powtórnych negocjacjach kontraktu zostajemy na pustyni na noc. Jazda na wielbłądach spełnia nasze oczekiwania. Z wysokich siodeł oglądamy ślady lokalnych istot żyjących (skarabeuszy, myszek, lisków itp.). Podziwiamy malownicze wydmy, a odważne zanużają bose stopy w saharyjskim piasku.
Po tradycyjnym obiedzie (tadżin) pierwsza okazja do suszenia mokrych ręczników i wyprania brudnych rzeczy. Wieczorem upajanie się majestatycznym zachodem słońca i plastycznymi kolorami Ergu Chebbi.
Do snu kołysze nas rytm afrykańskich bębnów. skomentuj (0) 2011-02-19 20:18:47 19.02.2011 Po wczesnym śniadaniu przejazd autobusem do starego miasta. Zwiedzanie muzeum Dar Batha (kolekcja strojów i biżuterii). Ciekawy wykład miejscowego rzemieślnika nt. inkrustracji (na zdjęciu w prezentowanym albumie nasz interlokutor całuje w ręke ojca, na innym dziadek tegoż chlubi się wykonanymi przez siebie miniaturami w perskim stylu).
Madrasa Bu Inania – "must see" w Fezie – w związku z tym okrutnie oblegana przez turystów. Wykorzystujemy polską parę w celu wykonania grupowego zdjęcia. Zachwycają nas misterne rzeźbienia w cedrze i pokryte kufickim pismem kafelki. Równie piękny meczet Al-Karawijjin (swego czasu drugi najważniejszy po kairskim Al-Azharze), niestety podziwiamy go tylko z progu. Stary Fez wciąga nas w wir zakupów – z zapałem targujemy się o hamsy (breloki w kształcie dłoni) i berberską biżuterię.
Zgodnie z radą przewodnika gubimy się w labiryncie medyny, aż docieramy do osławionej garbiarni. Tajnymi przejściami dochodzimy na taras, z którego rozpościera się przygnębiający widok. Kolejny interesujący wykład – tym razem nt. życia i pracy garbiarzy – profesja przechodzi z ojca na syna. Ciekawostka - skóry przed zanurzeniem w kadziach z naturalnymi barwnikami moczą się w wapnie (by łatwiej absorbować barwnik).
Wracamy tą sama droga, zwinnie wymijając juczne osły i muły, śpiących lub modlących się żebraków, kury czekające na ubój, piramidy słodyczy w chmarach os oraz drewniane wózki ze zmutowanymi, gigantycznymi truskawami.
Prasówka przy lokalnym straganie utwierdza nas w przekonaniu, że rewolucja w Maroku w najbliższej przyszłości nam nie grozi, np. Telquel no. 461 z lutego br. otwiera artykul "La Revolution… Avec Lui…" (wymieniający wszystkie zasługi króla Muhammada VI). Kawo-herbatę w popularnej kawiarni ubarwia nam pojawienie się indywiduum z kulistym akwarium - gość najwyraźniej próbuje nam sprzedać rybkę Nemo :P Na dworcu spotkanie z wymuskanym Abduhem w wypastowanych trzewikach i z paskiem pseudo-Gucci - proponuje nam zorganizowaną wycieczkę do Merzougi (przejażdżka na wielbłądach po pustyni, hotel plus jadło wieczorne i poranne oraz transport). Życzy sobie połowy kasy z góry, co budzi naszą podejrzliwość. Staramy się zabezpieczyć na wszystkie możliwe sposoby: bierzemy fakturę (tj. wydartą z zeszytu kartkę), p. Doktor rozmawia po arabsku przez komórkę z Ismailem - pośrednikiem w Rissani (miasteczku docelowym), pieniądze dajemy kierowcy autobusu, który potwierdza tożsamość Abduha; zastanawiamy się nad spisaniem numerów rejestracyjnych autobusu, w odwodzie trzymamy polską Ambasadę w Rabacie oraz media w ojczyźnie. Ciężka noc - mimo próśb o wyłączenie klimatyzacji marzniemy do szpiku kości; ignorujemy zaloty romantyka, puszczającego z komórki muzykę z "Titanica" oraz przeboje Britney. skomentuj (4) 2011-02-19 20:02:29 18.02.2011 Przy śniadaniu oglądamy transmisję Al-Dżaziry na żywo z Placu Tahrir w Kairze – c.d. rewolucji.
Na dworcu autobusowym rozmowa z panem bileciarzem – kolejny lojalny rojalista, ufny w bezpieczną przyszłość Maroka.
Wskazujemy drogę lekko nieświeżemu, hippisowatemu Francuzowi, który następnie w autokarze oddaje się medytacji dźwiękowej. Po drodze bukoliczne widoki, kojąca zieleń, liczne wodospady, przełęcze pełne pasących się owiec i kóz. Po przyjeździe do Fezu szybka orientacja i wybór tańszego oraz schludniejszego hostelu (Maghreb). Wieczorne zakupy, spacer po okolicy.
skomentuj (0) 2011-02-19 19:57:14 17.02.2011 Lokalne śniadanie pozytywnie nas zaskakuje. Znajdujemy stację CTM (takich lepszych autobusów), kupujemy bilet na następny dzień do Fezu.
Zwiedzanie miasta – szaleństwo we wszystkich odcieniach błękitu. Ludność miejscowa przyjazna. Dzieciom wręczamy cukierki (tzw. bonbony). Trafiamy do muzeum – etnograficznego w medynie oraz Kazby (m.in. ciekawe lektyki dla panien mlodych).
Polecamy knajpę "Chez Aziz" (gdzie konsumujemy wypaśne kanapki za przyzwoitą cenę). skomentuj (0) 2011-02-19 19:48:57 16.02.2011 Łapiemy pociąg z Rabatu do Sale (wysokiej klasy infrastruktura kolejowa robi na nas wrażenie).
Ze stacji odbiera nas przemiła i energiczna p. Halima (zwana przez bliskich Halinką). Zostajemy zawiezione do pięknej marokańskiej willi – w progu wita nas serdecznie senior rodu, tata p. Halimy, który przez całą wizytę bawi nas interesujacą rozmową. Podziwiamy kilkanaście stylowych salonów. Na stole pojawiają się: przecudne migdałowo-figowo-orzechowo-pistacjowe ciasteczka, sok z awokado oraz tradycyjna herbata z miętą.
Tuli się do nas najmłodsza córeczka – Hiba (wyraźnie przypadamy jej do gustu).
Dołącza do nas mąż p. Halimy, który jest dyrektorem jednego z najlepszych szpitali w Maroku. Każda z nas zostaje obdarowana tradycyjnym, ceramicznym tadżinem. Z żalem musimy się pożegnać, rezygnując ze wspólnego obiadu. Gnamy na dworzec Kamra. P. Halima żegna nas życząc powodzenia. Nasz środek lokomocji przyjeżdża nie o tej godzinie, co trzeba, nie na ten peron, co trzeba, i nazywa się inaczej niż trzeba. Rajd rozklekotanym autobusem – przez wybite okna zacina deszcz, za oknem powódź, na ulicach rzeki, a wielodzietne, berberskie rodziny z całym inwentarzem tłoczą się w środku razem z nami oraz natarczywymi młodzieńcami z gór Rif, których w końcu wyrzuca kierowca. W Szefszawanie lądujemy ciemną nocą, wspinamy się po stromym zboczu, w strugach deszczu. W tle mecz Barca-Arsenal. Znajdujemy przytulny wszak zimny hostel (Al-Khattabi); woda jest w nim wprost lodowata. skomentuj (0) 2011-02-18 12:30:59 15.02.2011
Ambasador, Pan Witold Spirydowicz, wysyła po nas samochód na żółtych tablicach rejestracyjnych. W rezydencji wita nas Konsul (żona Pana Ambasadora) Pani Marta Sęk-Spirydowicz. Rozmowa oscyluje wokół sytuacji w regionie, historii stosunków polsko-marokańskich oraz prób pogłębienia współpracy między Polską a Marokiem w przyszłości.
Wręczamy gadżety promujące UŁ oraz Urząd Miasta Łodzi – bardzo podobają się one Ich Ekscelencjom. Z kolei Pan Ambasador przekazuje nam dar w postaci książek naukowych po francusku (z pewnością bardzo przydadzą się one na UŁ). Spotkanie z Panią Dyrektor Szkoły Polskiej w Rabacie – dowiadujemy się wielu ciekawych rzeczy nt. edukacji dzieci polsko-marokańskich. Dzięki uprzejmości Ich Ekscelencji p. Doktor bierze udział w roboczym spotkaniu w hotelu Sofitel z Panem Konsulem Saadem Sefrioui – prezentuje ofertę UŁ. Ze strony marokańskiej pada propozycja nawiązania współpracy miedzy UŁ a Uniwersytetem w Meknes. Wieczorem kawa ze spotkanym dnia poprzedniego reżyserem Hasanem Kherem, francuskim operatorem Aurelienem Dubois (twórcą m.in. "Sometimes in April" i "A Prophet") oraz berberskim aktorem, który studiował w Paryżu – Hichamem Ouaraqa.
skomentuj (1) 2011-02-18 12:30:01 14.02.2011 Wizyta w muzeum żydowskim - wstrząsająca relacja profesora lingwistyki o tragicznym losie marokańskich Żydow. Rajd z gapowatym lecz uczciwym taksówkarzem Mustafą – udowodnienie, ze 6 Polek i 5 wypchanych plecaków z łatwością mieści się do mercedesa. Marokańskie koleje robią na nas bardzo dobre wrażenie – czysto, punktualnie, niedrogo – kontroler nawet proponuje kawę (sic!). Stolica kraju Rabat – na pierwszy rzut oka przeciwieństwo Casablanki – schludnie, bezpiecznie. Hostel – wybieramy wersje a la Biskupin (2 łoża małżeńskie i dostawka na pozostalym pół metrze kw2). Ruiny meczetu Hasana II oraz mauzoleum Muhammada V uchwycone w popołudniowej złotej godzinie.
Próby odnalezienia polskiej ambasady – Google Maps się myli. W obliczu zarekwirowania aparatu fotograficznego przez nadgorliwego strażnika królewskiego zgodnie zapominamy wszystkich języków europejskich oraz semickich, a p. Milena fachowym tłumaczeniem sposobu wykonywania zdjęcia (une voiture szu szu) ucina dyskusję.
Bonus walentynkowy – wypasiona kolacja z tadżinem w roli głównej. Upiorna walka z arabską klawiaturą w internet café (1:0 dla klawiatury). Przy okazji zapoznajemy marokańskiego reżysera, który studiował na łódzkiej filmówce. Pomyślną mumifikację w śpiworach przerywa wybuch straszliwego odoru (bodajże siarkowodoru); zawołany do pomocy pan zalewa toaletę czymś w rodzaju Kreta i poleca otworzyć okno. skomentuj (0) 2011-02-18 12:29:10 13.02.2011 Wszystkie wytypowane hostele zajęte – pomocny pan o trzeciej nad ranem prowadzi nas slumsowatymi zaułkami do bezpieczniej oazy – hostelu Majestic. Przeszywający chłód i upiorny hałas w nocy. Spotkanie z p. Natalią (czlonkinią koła Al-Maszrik) miłym zbiegiem okoliczności przebywającej również w Casablance. Wspólne (z p. Natalią i jej marokańskimi kolegami) zwiedzanie Hubusu (starego miasta) i rytualne targowanie się na suku oraz przejście tłumnymi ulicami – podziwianie lokalnych cudow (spreparowany łeb wielbłąda i zupa ze ślimakow robią na nas największe wrażenie). ![]()
Kolacja w marokańskim domu – poznawanie tajników tradycyjnej kuchni – mega kuskus. skomentuj (0)
|
Nasi Patroni:![]() ![]() ![]() ![]() ![]() |