RSS
 

16.02.2011

19 lut


Łapiemy pociąg z Rabatu do Sale (wysokiej klasy infrastruktura kolejowa robi na nas wrażenie).

Ze stacji odbiera nas przemiła i energiczna p. Halima (zwana przez bliskich Halinką). Zostajemy zawiezione do pięknej marokańskiej willi – w progu wita nas serdecznie senior rodu, tata p. Halimy, który przez całą wizytę bawi nas interesujacą rozmową.

Podziwiamy kilkanaście stylowych salonów. Na stole pojawiają się: przecudne migdałowo-figowo-orzechowo-pistacjowe ciasteczka, sok z awokado oraz tradycyjna herbata z miętą.

Tuli się do nas najmłodsza córeczka – Hiba (wyraźnie przypadamy jej do gustu).

Dołącza do nas mąż p. Halimy, który jest dyrektorem jednego z najlepszych szpitali w Maroku.

Każda z nas zostaje obdarowana tradycyjnym, ceramicznym tadżinem.

Z żalem musimy się pożegnać, rezygnując ze wspólnego obiadu. Gnamy na dworzec Kamra. P. Halima żegna nas życząc powodzenia.

Nasz środek lokomocji przyjeżdża nie o tej godzinie, co trzeba, nie na ten peron, co trzeba, i nazywa się inaczej niż trzeba.

Rajd rozklekotanym autobusem – przez wybite okna zacina deszcz, za oknem powódź, na ulicach rzeki, a wielodzietne, berberskie rodziny z całym inwentarzem tłoczą się w środku razem z nami oraz natarczywymi młodzieńcami z gór Rif, których w końcu wyrzuca kierowca.

W Szefszawanie lądujemy ciemną nocą, wspinamy się po stromym zboczu, w strugach deszczu. W tle mecz Barca-Arsenal. Znajdujemy przytulny wszak zimny hostel (Al-Khattabi); woda jest w nim wprost lodowata.

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz

 

 
 

  • RSS