RSS
 

19.02.2011

19 lut


Po wczesnym śniadaniu przejazd autobusem do starego miasta.

Zwiedzanie muzeum Dar Batha (kolekcja strojów i biżuterii). Ciekawy wykład miejscowego rzemieślnika nt. inkrustracji (na zdjęciu w prezentowanym albumie nasz interlokutor całuje w ręke ojca, na innym dziadek tegoż chlubi się wykonanymi przez siebie miniaturami w perskim stylu).

Madrasa Bu Inania – „must see” w Fezie – w związku z tym okrutnie oblegana przez turystów. Wykorzystujemy polską parę w celu wykonania grupowego zdjęcia. Zachwycają nas misterne rzeźbienia w cedrze i pokryte kufickim pismem kafelki.

Równie piękny meczet Al-Karawijjin (swego czasu drugi najważniejszy po kairskim Al-Azharze), niestety podziwiamy go tylko z progu.

Stary Fez wciąga nas w wir zakupów – z zapałem targujemy się o hamsy (breloki w kształcie dłoni) i berberską biżuterię.

Zgodnie z radą przewodnika gubimy się w labiryncie medyny, aż docieramy do osławionej garbiarni. Tajnymi przejściami dochodzimy na taras, z którego rozpościera się przygnębiający widok. Kolejny interesujący wykład – tym razem nt. życia i pracy garbiarzy – profesja przechodzi z ojca na syna. Ciekawostka – skóry przed zanurzeniem w kadziach z naturalnymi barwnikami moczą się w wapnie (by łatwiej absorbować barwnik).

Wracamy tą sama droga, zwinnie wymijając juczne osły i muły, śpiących lub modlących się żebraków, kury czekające na ubój, piramidy słodyczy w chmarach os oraz drewniane wózki ze zmutowanymi, gigantycznymi truskawami.

Prasówka przy lokalnym straganie utwierdza nas w przekonaniu, że rewolucja w Maroku w najbliższej przyszłości nam nie grozi, np. Telquel no. 461 z lutego br. otwiera artykul „La Revolution… Avec Lui…” (wymieniający wszystkie zasługi króla Muhammada VI).

Kawo-herbatę w popularnej kawiarni ubarwia nam pojawienie się indywiduum z kulistym akwarium – gość najwyraźniej próbuje nam sprzedać rybkę Nemo :P

Na dworcu spotkanie z wymuskanym Abduhem w wypastowanych trzewikach i z paskiem pseudo-Gucci – proponuje nam zorganizowaną wycieczkę do Merzougi (przejażdżka na wielbłądach po pustyni, hotel plus jadło wieczorne i poranne oraz transport). Życzy sobie połowy kasy z góry, co budzi naszą podejrzliwość. Staramy się zabezpieczyć na wszystkie możliwe sposoby: bierzemy fakturę (tj. wydartą z zeszytu kartkę), p. Doktor rozmawia po arabsku przez komórkę z Ismailem – pośrednikiem w Rissani (miasteczku docelowym), pieniądze dajemy kierowcy autobusu, który potwierdza tożsamość Abduha; zastanawiamy się nad spisaniem numerów rejestracyjnych autobusu, w odwodzie trzymamy polską Ambasadę w Rabacie oraz media w ojczyźnie.

Ciężka noc – mimo próśb o wyłączenie klimatyzacji marzniemy do szpiku kości; ignorujemy zaloty romantyka, puszczającego z komórki muzykę z „Titanica” oraz przeboje Britney.

 
Komentarze (4)

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz

 

 
  1. edyta

    20 lutego 2011 o 22:41

    Nie próżnujecie w tym Maroku, dziewczyny, oj nie. ;) Powodzenia w kolejnych dniach wyprawy! :)

     
  2. wujek

    22 lutego 2011 o 22:21

    fuuuu, wyjechały z kraju i od razu o ogonkach zapomniały? Obcą kulturę zwiedzają, a o swojej zapominają, nieładnie.

    PS. Aparaty na granicy Wam pozabierali? Nawet w komórkach? Pokażcie co widzicie ;D

     
  3. Małgosia

    22 lutego 2011 o 22:21

    a gdzie są zdjęcia!? :) pochwalcie się widokami… :D

     
  4. Małgosia

    22 lutego 2011 o 22:27

    a text rzeczywiście źle się czyta przez te literówki :(

     
 

  • RSS